Pierwszy NAPRAWDĘ wolny wieczór w domu od niepamiętnych czasów uczciliśmy godnie.
Rozwaliwszy się na kanapie przed telewizorem, przystąpiliśmy do oglądania nader ambitnego dzieła amerykańskiej kinematografii.
Rzecz nosiła tytuł: "Potwór z wnętrza ziemi".
Scenariusz i realizacja okazały się zaiste godne tytułu.
Czas na ogół marnuje mi się sam, w przerwach pomiędzy rozmaitymi zajęciami, które niekiedy przedłużają się mimochodem wręcz nieprzyzwoicie.
Oglądając rzeczonego "Potwora" miałam natomiast poczucie, że marnuję swój (cenny?) czas świadomie, celowo i z pełną premedytacją.
O dziwo, było to całkiem przyjemne.
Może tak też trzeba czasami?
... jak zwykle. Chciałam tylko umieścić specjalne pozdrowienia dla Kotoju - koleżanki po fachu :)))Już po 2 tygodniach od chwili pojawienia się jej komentarza... Ech... :))
Ponieważ TP skręcił nogę, co jest stale nawracającym elementem naszego życiorysu, plany na weekend uległy gwałtownej zmianie. Mamy jednak niezły trening. Na ogół skręcenie nogi przez TP następuje w obliczu zaplanowanego urlopu, ważnej imprezy rodzinnej, przyjazdu zagranicznych gości i tym podobnych atrakcji, więc doprawdy zmiana planów weekendowych z czynnych na bierne nie wstrząsnęła nami zbytnio. Wstrząsnęło nami za to z lekka zupełnie co innego.
Wybierałam się właśnie na dół, żeby sprawdzić, czy w samochodzie zostały rzeczy dziecka, które to rzeczy dziecko ostatnio ponoć u nas zostawiło, a o których przypomniało sobie właśnie i gwałtownie zapragnęło przywdziać je następnego ranka – zdążyłam założyć kurtkę i złapać kluczyki, kiedy zadzwoniła sąsiadka, pytając, czy Prezes jest w domu. W pierwszej chwili nie bardzo byłam w stanie skojarzyć, o kogo pyta, zważywszy, że od jakiegoś czasu mam w domu dwóch takich, przy czym kotu przysługuje tytuł pełny, a panu – tytuł wiceprezesa. Doszłam jednakże po krótkiej chwili, że sąsiadce chodzi jednak o kota, po czym skonstatowałam, że nie wiem. Był, kręcił się, wchodził, wychodził, a teraz nie mam pojęcia, gdzie się podziewa. Rzuciłam pobieżnie okiem na ulubione kocie miejsca – świeciły pustką. K. głosem raczej zmartwionym poinformowała mnie, że niedaleko naszego domu leży na drodze kot nader do Prezesa podobny, właśnie obok niego przejeżdżali, więc może należałoby pójść i sprawdzić, czy to nie on.
Zbiegłam na dół, dopadłam K., która tymczasem wyszła z domu i szła w moim kierunku, i wspólnie popędziłyśmy oglądać kocie zwłoki na drodze. Żadna z nas nie miała latarki, więc po pobieżnych oględzinach byłyśmy w stanie stwierdzić tylko tyle, że kot wygląda chyba-prawie-zapewne-jakby identycznie jak Prezes, może jest ciut większy? A może odrobinę mniejszy? Na ile zmienia się rozmiar kota, z którego uleciała – dziewiąta i ostatnia, jak się zdaje – dusza? Koty bywają do siebie irytująco podobne, w nocy, jak wiadomo, wszystkie są czarne; ten był pręgowany, jak nasz, co do koloru – nie sposób było stwierdzić nawet przy świetle reflektorów przejeżdżających co parę minut samochodów. Stałam więc nad martwym kotem przez ponad kwadrans, z kompletnym mętlikiem w głowie, oswajając się powoli z myślą, że to jednak Prezes.
Sama byłam sobie winna – wypuszczałam go z domu. Wiedziałam doskonale, że tak to się może skończyć, że cała masa kotów na wsi ginie właśnie pod kołami samochodów. Ale nie chciałam go unieszczęśliwiać – skoro już raz poczuł wolność, nie miałam serca trzymać go w zamknięciu. Skończyło się to tak, jak zapewne, prędzej czy później, musiało.
Postałyśmy jeszcze chwilę z K. pod bramą, zapewne rozmawiając, ale nie mogę sobie przypomnieć, o czym. Podziękowałam jej, pożegnałyśmy się i powlokłam się dość niemrawo w kierunku schodów.
Na schodach stał Prezes, całkiem żywy i bardzo niezadowolony z faktu, że – standardowo – znalazł się Po Niewłaściwej Stronie Drzwi.
Biedactwo, do dzisiaj nie rozumie, dlaczego spadł na niego grad wymówek – i dlaczego od kilku dni jest bardziej intensywnie niż zwykle miętoszony, ściskany, głaskany i noszony na rękach przez ogół domowników.
Wypuszczamy go nadal.
Niechętnie, ale jednak. Cóż zrobić?
Nic z tego nie rozumiem.
Spodziewałam się krzyków, zgrzytania zębami, gróźb karalnych, wyrzutów, zerwania współpracy i wpisania mnie na ogólnoświatową czarną listę tłumaczy.
A oni wszyscy* najspokojniej w świecie pozwalają mi wyjechać na urlop.
Tak, nie ma problemu. Nie, nie będę potrzebna. Oj, jeśli będę potrzebna, to się załatwi po moim powrocie. Terminy? Tak, spokojnie, terminy można poprzesuwać. Formularze do podpisania? Nie ma żadnych formularzy. Wszystko gra. Niech pani sobie jedzie spokojnie, tu się nic nie zawali.
I po jaką cholerę spędziłam ostatnie trzy miesiące w nieustającej traumie, z zaciśniętymi zębami i w panice, że nie zdążę, na Boga, nie zdążę z tym wszystkim, pierwszy raz w życiu spektakularnie nawalę?
No nic. Za tydzień będę siedzieć na plaży, moczyć palec** w morzu i czytać najnowszą Musierowicz.
I wracać do nadszarpniętej mocno od dłuższego czasu równowagi psychicznej.
Jakoś tak mi się wydaje, że to jest najbardziej zasłużony tydzień urlopu w całym moim dotychczasowym życiu.
*”Oni wszyscy” = 2 wydawnictwa + 4 agencje tłumaczeń + bliżej nieokreślona liczba pomniejszych klientów, zawsze niezawodnie potrzebujących wszystkiego na wczoraj, a najlepiej na przedwczoraj, ale w każdym razie NA GWAŁT.
** Palec cudownie zrośnięty po zaledwie 6 tygodniach irytujących ograniczeń ruchowych, które to 6 tygodni spędziłam głównie siedząc i tyjąc.
"Brigitte miała nieskończone zasoby współczucia; gdyby współczucie okazało się nagle niezbędne do napędzania samochodów, Stany Zjednoczone już by ją zaatakowały."
"Potencjał erotyczny mojej żony" Davida Foenkinosa. Nie wiem, czy mi się podoba. Zresztą to stwierdzenie w coraz większym stopniu odzwierciedla mój światopogląd, bo ostatnio obejrzałam "Człowieka z księżyca" i też nie wiem, czy mi się podoba. Smutny film, w każdym razie. O smutnym życiu smutnego komika.
Monotonię życia, składającego się od jakiegoś czasu głównie z pracy, urozmaiciłam sobie ostatnio złamaniem małego palca u nogi. Nie jest to specjalnie trudne, gdyby ktoś chciał – wystarczy odpowiednio mocno kopnąć w relatywnie twardy mebel, a najlepiej w wystający róg, np. kanapy – a znakomicie unieruchamia i daje znakomity pretekst, żeby uzyskać zwolnienie lekarskie. Mnie tam akurat zwolnienie samo w sobie z niczego nie zwalnia, a tym samym mogę je uznać za bezużyteczne, a unieruchomienie też mi jest potrzebne jak dziura w moście, ale mimo wszystko błogosławię los – gdybym złamała palec u ręki, moja przyszłość zawodowa przedstawiałaby się w tej chwili w wyjątkowo czarnych barwach, ponieważ ręce są mi absolutnie niezbędne do pracy (podobno umysłowej), a terminy gonią. A właściwie to już ten etap, że to ja je gonię. Z marnym skutkiem.
Złamanie palca potraktowałam jako osobliwość, jako, że nigdy wcześniej nic mi się nie złamało. Z dużym zainteresowaniem przyjęłam wizytę w szpitalu, prześwietlenie, znieczulenie, nastawienie i opatrunek – przy czym zastrzyk znieczulający wprawił mnie w nastrój błogi i szampański, ponieważ miałam pewne obawy, że moje cierpienia nie zasługują na aż takie luksusy, zwłaszcza, że do dziś pamiętam, jak bez żadnych środków łagodzących nastawiano kilka lat temu złamany nos mojego brata. Poza tym, w szpitalu było ogólnie dość zabawnie. Do pewnego stopnia rozrywki dostarczył mi ortopeda, który się moim palcem zaopiekował – sympatyczny chłopak na oko mniej więcej w moim wieku. „Znieczulimy, nastawimy i zabandażujemy” – poinformował mnie bez ogródek. „Uwaga, będę kłuł!” – uprzedził lojalnie, przywdziawszy białe rękawiczki. „Ho, ho” – rzekł następnie, w trakcie operacji - „a ten chłopak, co mu tu znieczulałem rękę piętnaście minut temu, mało nie zemdlał!” Poczułam się, jako żywo, jak dziecko w wieku przedszkolnym, które właśnie ktoś pogłaskał po głowie i pochwalił, jak grzeczną dziewczynkę, że nie robi scen, co mnie szalenie rozbawiło i spowodowało, że w trakcie bandażowania stopy chichotałam jak najdyskretniej w rękaw, ale może był to efekt uboczny samego znieczulenia i radości spowodowanej faktem, że jednak mi je podano.
Dodatkowych wrażeń dostarczył mi TP, który przywiózł mnie do szpitala, po czym przystąpił do uporczywego podrywania autorytetu lekarza dyżurnego, wchodząc z nim w konflikt średnio raz na dwie minuty. Wyglądało to mniej więcej w ten sposób, że dyżurny zwracał się do mnie, mówiąc: „Wypiszemy pani zwolnienie....”, na co TP odpowiadał radośnie: „Ja wypiszę!” Dyżurny pochmurniał, ale nie poddawał się – „No dobrze, pan wypisze, hmm... To ja w takim razie wypiszę pani jeszcze środek przeciwbólowy....” – na co, oczywiście, padała riposta: „Ja wypiszę!” W rezultacie nie mam nawet pojęcia, jak się ów miły pan doktor nazywał, bo nie dostałam od niego nawet pół najmarniejszego świstka. W każdym razie nie wyglądał na zachwyconego, że ktoś tak wkracza w jego kompetencje. I zapewne, ogólnie rzecz biorąc, woli pacjentów, którzy przyjeżdżają do szpitala niekoniecznie w towarzystwie własnego lekarza rodzinnego.
A teraz siedzę sobie w domu, ponieważ nawet wyprawa do sklepu stała się dla mnie wyzwaniem zbyt dużym, kuruję palec, pracuję ciężko, a w wolnych chwilach przemawiam do kota, jedynego towarzysza niedoli, jako, że TP z dzieckiem wyjechali na Mazury. Poza tym, nieustannie tłukę muchy, które ostatnio zaatakowały ze zdwojoną siłą mimo siatek we wszystkich oknach. Packi gdzieś mi poginęły, więc dziesiątkuję armię wroga przy pomocy „Medycyny paliatywnej”, która akurat nawinęła mi się pod rękę – jest dość cienka i giętka, zwłoki łatwo zetrzeć z lakierowanej powierzchni, a przy tym jest większa, niż packa, i można nią utłuc do trzech much naraz. Nie wiem tylko, co powie właściciel rzeczonej „Medycyny” po powrocie do domu.
Bo ja mu jej już nie oddam. Za dobrze się sprawdza.
Zauroczyła mnie kiedyś seria obrazków Twardziocha: dwoje ludzieńków, przypominających małe jak palec szmaciane laleczki, w rozmaitych odmianach baśniowej scenerii, na ogół mrocznej dość i melancholijnej, rozświetlonej niekiedy smętnym szaro-błękitem albo ciepłym różem. Na obrazku, który pamiętam, Ona siedzi przy stole, oświetlonym pojedynczą żarówką lampy, na którym porozsypywane są guziki w rozmaitych kształtach, rozmiarach i kolorach; Ona mozoli się z wielką igłą. Pod spodem podpis: „A kiedy wrócisz ze swej dalekiej podróży, będziesz miał wszystkie guziki poprzyszywane.”
A kiedy wróciliśmy z naszej niezbyt dalekiej podróży, zauroczeni obrazkami znad Niemna, TP po raz pierwszy, odkąd go znam, powiedział: „Ale tu, u nas, też jest ładnie.”
To już trudno, że zaraz potem dodał: „O tej porze roku...”
i ty tez nie mów nic
no może prócz tego że zależy ci
nie planujmy lat
wszystko byle nie tak
bo nie wiadomo skąd zawieje wiatr
nie wiadomo komu dzwony komu wystrzały
i tak nie wiadomo skąd zawieje wiatr
nie wiadomo komu zima komu upały - i tak
> pol dnia bylam w drodze, noszac okolo
> 30 kg na plecach (ksiazki w postaci xero, ksiazki w postaci ksiazek, zakupy
> wlacznie z 2 DUZYMI piwami przywiezionymi z Siedlec - poniewaz przyszlo mi
> do glowy, ze jesli natychmiast po Twoim wyjezdzie pospiesze do Mroza celem
> nabycia piwa, to lokalne panie ekspedientki moga na mnie dziwnie patrzec. I
> rozpowiadac po wsi, ze jak tylko wyjechales, to zaczelam sie upijac).
oczywiscie ze smutku. mysle ze kazdy to zrozumie.
> Kot byl nadzwyczaj przejety moim powrotem do domu - kiedy juz sie 1) najadl,
> 2) wybiegal po mieszkaniu, 3) wybiegal po dworze, 4) dal wyczesac,
> podstawiajac notabene tluste cztery litery i inne czesci ciala pod szczotke
> - wyobraz sobie, zaczal ze mna GADAC! Pierwszy raz sie okazal taki
> komunikatywny, odkad go znam. Siedzial na parapecie, pozwalal sie glaskac i
> wydawal z siebie krotkie i zdecydowane miaukniecia - najwyrazniej opowiadal,
> jak okropnie bylo pod nasza nieobecnosc itd. itp. Trwalo to dobra chwile.
> Jeszcze troche i chyba faktycznie uda nam sie go oswoic?
Kochanie, nie pij tyle. Koty gadaja tylko na Wigilie a teraz mamy Wielkanoc.
...............
Nic dodać, nic ująć.
(...)Zanim jeszcze przyjąłem wachtę, zobaczyłem go na skrzydle mostku, ukrytego za stojakiem w najciemniejszym kącie nockhausu . Miał duże, wysokie brwi. Czarne oczy. Ubrany był w ciemnozielony strój w szaro-brązowe prążki. Nie wydawał się zbytnio przerażony nowym otoczeniem. Gdy podszedłem do niego bliżej, nie poruszył się nawet. Przysiadłem koło niego na pokładzie i wyciągnąłem rękę. Nie okazał najmniejszego strachu. Ostrożnie wziąłem go za skrzydełka i podniosłem do góry. Był to wspaniały okaz konika polnego.
By nie skończył życia samobójczym lotem do morza, zaniosłem go szybko do swojej kabiny i posadziłem na pęku mietlic, ustawionych w rogu, w indyjskim inkrustowanym wazonie. Wtulił się szybko w pachnące białe kity mietlic i usadowił wygodnie. Zamknąłem drzwi kabiny i wróciłem na mostek.
Oddaliśmy pilota na mały czarny żaglowiec i pełni zabranego słońca szykowaliśmy się do długiej drogi przez Północny Atlantyk ku wybrzeżom Starej Szkocji. Po godzinie natrafiliśmy ponownie na gęstą mgłę. Wkraczaliśmy teraz na najniebezpieczniejsze wody Atlantyku w okresie największego nasilenia gór lodowych. Wędrują one z pomocy wraz z zimnym Prądem Labradorskim z największej wylęgarni gór-olbrzymów, z Morza Baffina. Olbrzymie lodowce Grenlandii „cielą” co roku około siedmiu tysięcy gór. Kilkaset z nich rokrocznie dostaje się na południe, na uczęszczane szlaki żeglugowe, aż poza równoleżnik Cape Race. Icebergi - miliony ton lodu, z których tylko ta jedna dziewiąta część, widoczna nad powierzchnią wody, dochodzi niekiedy do pięćdziesięciu metrów wysokości i siedmiu mil długości.
Do walki z tym niebezpieczeństwem mieliśmy jedynie sondę, termometr i... nos kapitana. Sonda, rzucana co określoną liczbę mil, dawała możność ustalenia problematycznej pozycji. Głowy nawigatorów zamieniały się w maszyny do liczenia i kalkulacji. Ustawicznie mierzona temperatura wody miała ostrzec przed zbliżaniem się do obszarów wód, na których znajdują się góry lodowe. Nos kapitana musiał je wykryć przez wyczucie specjalnego, wilgotnego chłodu, jaki góry lodowe z siebie wydzielają.
W tej chwili aajgroźniej przedstawiały się wschodnie obszary wód Grand Banks. Na mapie miejsca te pokryte były małymi trójkącikami, każdy z nich symbolizował górę lodową, zameldowaną drogą radiową.
Gdy wróciłem do kabiny, mój nieoczekiwany lokator siedział na mietlicach. Rezonans kabiny na ryk umieszczonego nie opodal gwizdka wyraźnie robił na nim wrażenie. Wciskał się, jak mógł najgłębiej, w mietlice, jak gdyby wduszony w nie rykiem gwizdka.
Musiałem postarać się o pożywienie dla gościa. Z prowiantury dostałem sałaty i jabłko. W kabinie panował przejmujący chłód i wilgoć. Wziąłem konika do ręki i położyłem się na koi. Nie zdradzał wcale przerażenia. Posadziłem go sobie na palcu. Przylgnął do niego i grzał się z widoczną przyjemnością. Przy każdym ryku syreny czułem, jak silniej wpijają się w skórę ostrza pazurków. Pod groźne szczęki podsunąłem kawałek sałaty. Kleszcze szczęk wpiły się w soczysty miąższ. Jadł powoli, nie spiesząc się wcale. Potem dałem mu kawałeczek jabłka. Najbardziej jednak smakował mu wyciśnięty z jabłka sok. Spijał go szybko.
Imponował mi odwagą. Zachowywał się, jak gdyby tak miało być, a nie inaczej. Wyglądał dumnie w swej rycerskiej zbroi. Skąd przybywał? I dokąd podążał? Pytania te nasunęły rni na myśl tytuł jednego z rozdziałów słynnej książki Juliusza Verne'a - „Dzieci kapitana Granta”. Tytuł rozdziału brzmiał: SKĄD PRZYBYWA I DOKĄD PODĄŻA JAKUB PAGANEL.
Ze względu na nazwę i piękną zbroję należało dać chyba konikowi polnemu imię któregoś z odważnych i nieustraszonych hetmanów. Jednakże, mimo woli, ochrzciłem go imieniem roztargnionego profesora, Jakuba Paganela.
Wychodząc na kolację, posadziłem gościa z powrotem na mietlice. Kładąc się spać przed wachtą, widziałem, jak Paganel wciska się głęboko w mietlice, jak gdyby również układał się do snu.
Sternik obudził mnie na wachtę. Wciągnąłem na siebie skórzaną kurtkę podbitą futrem. Gęsta mgła skraplała się na takielunku masztu i opadała ciężkimi kroplami na pokład. Wśród czarnej nocy, poprzez białą mgłę idzie po omacku statek, jak gdyby szukał drogi laską-sondą, dotykając nią najbliższego lądu, leżącego o kilkadziesiąt sążni pod stępką. Kończy się już płycizna, a nad pobliskimi głębinami rozciąga się obszar gór lodowych. Wchodzimy właśnie na długość 50° 14' West. To długość pozycji strasznej katastrofy „Titanica”, która zdarzyła się dwadzieścia kilka lat temu. Ośmiuset dwudziestu pięciu pasażerów i sześciuset siedemdziesięciu ludzi załogi pozostało na zawsze na tym południku.(...)
* * *
Mgła nie przestawała nas nękać nawet wówczas, gdy minęliśmy zimną strefę gór lodowych. Kapitan po raz pierwszy zszedł z mostku, by się wykąpać i ogolić, po czym zasnął w nawigacyjnej snem sprawiedliwego. Od najbliższego statku na szlaku mieliśmy wiadomość, że znajduje się od nas o kilkaset mil i również ma mgłę.
Po minięciu obszaru z niemymi górami lodowymi, na które można się było nadziać w milczeniu, dalsza droga wśród mgły, ale z ryczącymi statkami - była sielanką. Wracaliśmy do spraw codziennych i stałych zainteresowań.
Przypomniał mi się ulubiony hazard kapitana. Kiedyś na dobrze wytartej przeze mnie mapie zobaczyłem w pobliżu wykreślonego kursu postawiony świeżo punkt. Pod szkłem powiększającym łatwo było stwierdzić, że to ślad ołówka. Następnego dnia pozycja astronomiczna wypadła dokładnie w tym właśnie miejscu, I znów wieczorem następnego dnia zjawił się tajemniczy ślad i znów pozycja z obserwacji astronomicznych wypadła w tym miejscu.
W kabinie kapitana znajdowały się zawsze wszystkie najnowsze wydawnictwa - odnoszące się do meteorologii, obliczeń i badań prądów - nad którymi lubił spędzać długie godziny. Teraz zrozumiałem, że „hazardował się” obliczaniem przypuszczalnej pozycji na dzień następny, uwzględniając wszelkie możliwe zmiany atmosferyczne, wiatry i prądy. Nigdy nie kwestionował naszych pozycji. Nigdy nie skorygował oficjalnej pozycji oficera nawigacyjnego, ustalonej w południe z obserwacji czy też zliczonej. Stawiał sobie tylko wiadome punkty. Nie wiedząc o tym musieliśmy je chyba często ścierać przypadkowo, ale nigdy nie posłyszeliśmy na ten temat żadnej uwagi. Zrozumiałe stały się również częste aluzje kapitana, że nie pilnujemy dokładności sterowania. Odkrycia tego nikomu nie wyjawiłem, sam tylko podziwiałem dokładność obliczeń kapitana.
Z wachty zawsze wracałem z pośpiechem do kabiny, by się zobaczyć z Paganelem. Natychmiast brałem go do ręki i wyciskałem mu sok z jabłka. Gdy się nasycił, spacerował po koi i po mnie jak po Guliwerze. Następnie demonstrował mi wspaniałą zabawę. Wspinał się po jednej z mietlic tak, że pod ciężarem jego gięła się nisko, prawie nad samą powierzchnią biurka. Stąd robił skok w gąszcz białych kit traw i rozpoczynał wędrówkę od nowa. Był nieustraszony. Nigdy niczego się nie bał i nigdy nie uciekał. Od pierwszego momentu gdy go wziąłem do ręki na mostku, nigdy się nie wyrywał, był pełen zaufania i czuł, że nie spotka go krzywda.
Był osobowością. Potrafił w jakiś niewytłumaczalny sposób skupiać na sobie tyle uwagi i wzbudzać taki szacunek, jak gdyby naprawdę był profesorem, Jakubem Paganelem.
Dochodziliśmy do północnych wybrzeży Szkocji. Pierwszy otrzymany namiar radiowy z Butt of Lewis wykreślony na mapie przeszedł tuż koło ledwie dostrzegalnego punktu, postawionego na mapie przez kapitana. Nasza oficjalna pozycja była dużo, dużo dalej.
Statek idący przed nami nadawał przez radio, że nie ma już mgły. Rzeczywiście, wkrótce wyłonił się Cape Wrath (Przylądek Gniewu), ponura czarna skała wyglądająca jak miejsce Sądu Ostatecznego na ilustracji ze starej Biblii. Mieliśmy teraz do przejścia szkocką Charybdę, cieśninę Pentland, której brzegi dekorują liczne wraki statków. Cieszyliśmy się, że nie ma mgły i że nie potrzebujemy iść górą nad Orkadami. Co prawda mgła w Pentlandzie jest rzadkością. Ten brak mgły „nagradzany” jest zimą śnieżycami, podczas których widać jeszcze mniej niż w najgęstszej mgle.
Nie zdążyliśmy jeszcze nacieszyć się ciszą, gdy po minięciu Pentlandu znów wpadliśmy w mgłę. Kapitan ponownie przeniósł się na mostek. Zaczynała się plaga Morza Północnego - rybacy. Niejeden z nas pełniąc służbę na mostku, gdy wchodził w „wesołe miasteczko” świateł dziesiątków poławiających trawlerów, czynił ślub: „nigdy do ust kawałka ryby morskiej, nawet śledzia, byle nie było rybaków”, W czasie mgły jednak rybacy przezornie schodzili z uczęszczanych szlaków.
Tak już przywykliśmy do mgły, iż gotowi byliśmy sądzić, że słońce i gwiazdy istnieją wyłącznie w bajkach dla dzieci. Wreszcie dotarliśmy do Kopenhagi. Po oddaniu pasażerów i ładunku pilot, który zjawił się na mostku, oświadczył, że nie możemy jeszcze wyjść. Na pytanie „Dlaczego”, odpowiedział - „Mgła!” Wprawiło to wszystkich na mostku w dobry humor. Pilot żachnął się trochę widząc nas rozbawionych, ale sam się roześmiał, skorośmy mu powiedzieli, że od Nowego Jorku nic innego nie było.
Wyszliśmy jakoś z Kopenhagi, z tym że zamiast do Gdyni skierowano nas wprost do Gdańska, na dok. Gdyśmy przycumowali w Gdańsku do nabrzeża, ukazało się słońce.
Paganel czuł się świetnie. Myślałem o chwili, gdy uda mi się wyrwać w niedzielę gdzieś na pola i pożegnać miłego towarzysza, który rozpocznie nowe życie w nie znanym kraju. Jak mu się tutaj spodoba?
Na razie miałem tylko niewiele wolnych chwil, mogłem go jedynie nakarmić i przespać się. Dopiero trzeciego dnia wieczorem udało mi się pojechać do domu, do Gdyni. Wrócić musiałem na godzinę szóstą rano. Bałem się zabierać ze sobą Paganela, by go nie zgnieść w drodze. Chciałem w najbliższą niedzielę zawieźć go w okolice, gdzie lasy podobne są do kanadyjskich, Wychodząc z kabiny zapaliłem mu lampę, pod którą tak lubił siedzieć w czasie podróży. Pod lampą położyłem sałatę i na spodeczku wyciśnięty sok z jabłka. Pierwszy raz zostawiałem Paganela na tak długi czas samego. Przykro mi było. Nie wątpiłem, że będzie się nudził beze mnie...
Wróciłem następnego dnia o szóstej. Gdy wszedłem do kabiny, zobaczyłem Paganela leżącego na biurku. Sok był wypity, jabłko nadgryzione, a brzuszek Paganela rozdęty. Mały mój przyjaciel skończył swą ziemską wędrówkę w postaci konika polnego. Dokąd nieustraszony podążył teraz?
Postanowiłem postąpić z jego szczątkami tak, jak się postępowało na starych żaglowcach, gdy któryś z żeglarzy odszedł w swój wieczny rejs. Jego dotychczasową ziemską postać oddawano morzu.
Znalazłem małe pudełeczko i obciążyłem je odpowiednio. Wspaniały pancerz Paganela owinięty w kawałek materiału flagowego włożyłem do środka. Poszedłem na rufę. W momencie gdy usłyszałem gwizdek „do bandery”, puściłem pudełeczko do wody. Na stojących wokół jednostkach biły jednocześnie dzwony. Na naszym statku wszyscy stali na baczność, zwróceni twarzami do rufy. Oficerowie salutowali. Zanim dzwony skończyły bić godzinę ósmą, a bandera znalazła się na miejscu, zniknął ostatni pierścień fali, która zamknęła się nad Paganelem.
Na mostku spotkałem kapitana. Popatrzył na mnie uważnie i spytał:
- Znaczy, co się stało? Czy pan chory?
- Pochowałem, panie kapitanie, Jakuba Paganela - odpowiedziałem zamyślony, nie zdając sobie na razie sprawy z tego, co mówię.
- Znaczy, jakiego Jakuba Paganela? - spytał ze współczuciem.
Nikomu nie mówiłem o Paganelu, by go nie narazić na ciekawość. Teraz, gdy chciałem sprawę wyjaśnić, nie byłem pewny, czy kapitan pamięta, że Jakub Paganel to jeden z bohaterów książki „Dzieci kapitana Granta”.
- Jakub Paganel, pamięta pan kapitan, był uczestnikiem podróży dzieci kapitana Granta.
- Pamiętam! Znaczy, tylko nie rozumiem, w jaki sposób go pan teraz pochował?
Musiałem mieć mocno zmartwiony wyraz twarzy, skoro kapitan pomyślał, że jestem chory i usiłował zrozumieć to, co mówię. Ale znów się zapowiadało, że nie dojdziemy natychmiast do porozumienia.
- To był konik polny z Halifaxu. - wytłumaczyłem.
Pomimo że żałowałem Paganela, zdałem sobie w tej chwili sprawę, że wikłam się w nową historię z kapitanem. Wyraz twarzy kapitana był nieokreślony. Resztki współczucia były jeszcze widoczne, ale co dalej?
- W Halifaxie znalazłem na mostku konika polnego i zabrałem go do kabiny. Całą podróż odbył z nami i bardzo się oswoił. Gdy wróciłem dziś, Paganel nie żył.
- Znaczy, co Paganel ma wspólnego z konikiem polnym?
- Nazwałem konika polnego Jakubem Paganelem.
- Znaczy, dlaczego pan go tak nazwał?
Odpowiedź na to pytanie zaczynała wkraczać na tory bardzo długiej i bardzo zawiłej rozmowy. W tej chwili podeszło do kapitana kilku inżynierów stoczniowych.
- Znaczy, na razie dziękuję panu - powiedział mi i na tym historia Paganela urwała się na zawsze.
---------
Karol Olgierd Borchardt, "Znaczy Kapitan"
Pan doktor był chory i leżał w łóżeczku – i przyszedł koteczek, wpakował mu się pod kołdrę, ale pan doktor był w tak marnym stanie, że tego nie zauważył – a co za tym idzie, nie przywitał go nawet: „Jak się masz, koteczku”.
I tak to właśnie było dzisiaj u nas w domu.
Jako, że przeziębienie nie oszczędziło i mnie, zastanawiam się, jak by tu wytresować odpowiednio Prezesa – niechby tak przynosił chorym gorącą herbatkę, kawkę i posiłki do łóżka, skoro jako jedyny z naszej trójki cieszy się nieodmiennie dobrym samopoczuciem? Z drugiej strony, powinnam chyba zadbać bardziej o ciągłość jego dobrostanu. Widzę otóż dwa podstawowe problemy. Po pierwsze, Prezes to najbardziej radykalny abstynent, jakiego znam. NIE PIJE. Wody nie pije. Mleka nie pije. Innych napojów (poza kawą) na ogół nie chce nawet powąchać. Niespecjalnie to wesołe, jeśli się weźmie pod uwagę, że kot, a zwłaszcza kastrat, pić powinien, i to sporo, żeby się nie dorobić na starość szerokiej gamy problemów zdrowotnych. Odkąd się znamy – a będzie już chyba z pół roku – może ze dwa razy przyłapałam Prezesa na piciu czegokolwiek. I raczej nie chodzi tu o to, że kocię nasze uważa picie za czynność intymną. Gdyby tak było, poziom wody w miseczce* opadałby chociaż od czasu do czasu. Na ogół opada tylko w takim stopniu, że winą za to można obarczyć parowanie, a nie – nagłe ataki kociego pragnienia. Niby jada mokrą karmę, ale jednak... Jakoś jawi mi się to jako podejrzane zjawisko. Problem drugi to kocia szczotka do włosów. Wsiąkła gdzieś – a trafiliśmy dziś przypadkiem na program telewizyjny o kotach, gdzie niejaka pani Sumińska tłumaczyła, dlaczego należy szczotkować koty. Podobno dlatego, że jeśli się tego nie robi, może dojść do ZATKANIA KOTA. Sierścią. Spożytą w trakcie zabiegów higienicznych.
Nie chciałabym, żeby mi się kot zatkał. Dlatego obiecałam sobie, że kupię mu szczotkę najdalej w poniedziałek.
* W ohydnej miseczce porcelanowej – z napisem „CAT” i koślawą kocią mordą na dnie – który to cud świata nabyłam, ponieważ panowie w sklepie zoologicznym wytłumaczyli mi, że koty WOLĄ pić z miseczek porcelanowych, i być może mój kot jest abstynentem właśnie dlatego, że picie z miseczki plastikowej napawa go wstrętem. Niestety, teoria ta w praktyce jakoś się nie sprawdziła, ale miseczka stoi dalej. Jakoś głupio mu ją zabierać, bo może jednak macza w niej język kilka razy w miesiącu?
Po latach życie zmusiło mnie do podjęcia działań od dawna skandalicznie zaniedbywanych – muszę zrobić prawo jazdy. Opornie to idzie i trwa już ze dwa lata – tyle czasu minęło od chwili, kiedy to pierwszy raz zapisałam się na kurs, i nawet udało mi się za jednym zamachem odpracować wszystkie zajęcia teoretyczne. Na tym jednak zakończyłam pasmo sukcesów; zdaje się, że doszłam do wniosku, że po dużym mieście można spokojnie przemieszczać się środkami komunikacji miejskiej, co następnie czyniłam przez lata z dużym powodzeniem. Tymczasem jednak duże miasto uległo zamianie na raczej niewielkich rozmiarów wieś, i problem nabrał jakby poważniejszych rozmiarów.
Zapisałam się zatem na kurs nr 2, odmówiłam chodzenia na zajęcia teoretyczne (wiązałoby się to z rozkoszą podróży pekaesem w dwie strony tak coś ze trzy do czterech razy w tygodniu – brrr), po czym oznajmiłam, że teraz będę bardzo zajęta (teraz – czyli przez najbliższy tydzień) i odezwę się, jak mi ubędzie zajęć. Było to, zdaje się, w drugiej połowie stycznia. W pierwszej połowie marca zadzwonił do mnie pan instruktor i umówił się ze mną na jazdę – gdyby nie to, prawdopodobnie do dzisiaj temat wisiałby w powietrzu, i to raczej w sporej odległości.
Po pierwszej jeździe wróciłam w skowronkach – że ach, ten instruktor taki miły, i jaki opanowany, od razu wyjechaliśmy na ulicę, i jakoś nie umarłam od tego, jestem w stanie zmieniać biegi, itepe, itede. Na samym wstępie drugiej jazdy okazało się, że właśnie zmieniam instruktora. No cóż – zmieniam, to zmieniam, ten też sympatyczny, przeżyje się jakoś, w końcu do tego pierwszego nie zdążyłam się jeszcze jakoś bardzo mocno przywiązać. Już po kolejnych pięciu minutach wyszło na jaw, że nowy instruktor jest dużo bardziej zdenerwowany niż ja, ponieważ jest to pierwsza jazda w jego życiu w tym charakterze. No cóż – jego pierwsza, moja druga, jakoś i to się przeżyje... Przeżyliśmy godzinę, po godzinie natomiast zdechł samochód. Akumulator mu padł. Po szybkiej reanimacji pojazdu mój nowy instruktor postanowił, że nie będziemy jeździć po mieście – pojedziemy sobie gdzieś na boczne drogi, gdzie z racji ograniczonej ilości manewrów wszelakich zmniejszy się prawdopodobieństwo kolejnej awarii. Nawet się ucieszyłam, bo po pierwsze, lubię boczne drogi, a po drugie – w końcu na tychże właśnie powinnam się wprawiać z racji obecnego miejsca zamieszkania. Radość moja nie trwała długo, okazało się bowiem, że jeżdżenie między koleinami z zaskorupiałego lodu o wysokości trzydziestu centymetrów, i okazjonalne wdrapywanie się na nie, kiedy z przeciwka nadjeżdża inny samochód, to niedokładnie jest to, co misie lubią najbardziej. Skończyło się to wszystko raczej smutno – zahaczyłam w końcu kołem o lodową skarpę, miotnęło mną ślicznie i wylądowałam w poprzek drogi. Nie da się ukryć, że do domu po tych wszystkich przejściach wracałam raczej chwiejnie.
A następną jazdę mam w poniedziałek. Trzynastego.
Moje szczęście do głupich zbiegów okoliczności – od dawna na poziomie dużo wyższym od normy ogólnopolskiej, jak sądzę – działa nadal. We wsi, do której się przeprowadziłam, w tym samym czasie, co ja mniej więcej, zamieszkała tłumaczka. Przysięgła. Czterech języków. Tryskająca energią mimo skończonej siedemdziesiątki. Dla mnie niegroźna, bo po pierwsze, moje źródełko zleceń nadal bije w Warszawie, a po drugie – zamiast robić mi konkurencję, zaczyna podsyłać robótki. Poza tym, przemiła. Mieszka z córką, na weekendy dojeżdża do nich prawie-zięć. Córka ma na imię tak jak ja, jest prawie w moim wieku i obie rozwiodłyśmy się z naszymi mężami prawie idealnie w tym samym czasie, zdaje się, że w tym samym tygodniu.
Mam silne podejrzenie, że wieś, w której mamy przyjemność mieszkać, stała się wobec powyższego najgęściej zaludnioną przez tłumaczy wsią w Polsce. Swój do swego ciągnie?...
Siedzimy z Prezesem przy biurkach, popijamy kawkę i udajemy, że pracujemy. Prezesowi to udawanie wychodzi znacznie gorzej, bo skupia się głównie na symulowaniu, że wcale nie śpi. Jestem co najmniej o oczko wyżej – udaję, że wcale mi się nie chce spać. Prezes ma za to o niebo lepiej. Po pierwsze, dzięki genom przodków został wyposażony w naturalne futro – a ja przemyśliwuję starannie możliwość przystąpienia do pracy w kurtce puchowej, ewentualnie waciaku, a właściwie mam ochotę głównie udać się w tempie natychmiastowym pod ciepłą kołdrę, nie zdejmując z siebie uprzednio ani jednej warstwy odzieży. Po drugie, dzięki właściwemu kotom ograniczeniu zakresu zainteresowań, Prezes olewa kompletnie fakt, że właśnie przechodzi mu koło nosa ostatni (chyba?) odcinek „Zaginionych”. Ja natomiast – chociaż się umartwiam przy biurku, BO PRACA – chętnie bym pooglądała.
Byle do przyszłego tygodnia.
Jak zwykle po okresie całkowitego braku pracy nadeszła pora na całkowity brak czasu, choćby i na to, żeby się podrapać w dowolną część ciała. Ale właściwie nie o tym miałam zamiar. W moim życiu zaszła otóż zmiana dość diametralna. A mianowicie, pojawił się w nim po raz pierwszy (i ostatni?) KOT.
Nigdy nie żywiłam do kotów specjalnej sympatii. Nigdy nie zastanawiałam się nawet nad tym, jak by to było takiego kota mieć. Ba, nigdy nie poświęciłam pięciu minut na obserwację działań, obyczajów i wyglądu jakiegokolwiek kota. Do dwóch-trzech minut mniej więcej zdarzało mi się poświęcać kotom znajomych - z czystej uprzejmości.
Kot, którego TP przyniósł do domu, zarazem przyplusował i, eee, przyminusował już na wstępie. W ramach tego pierwszego okazał się hipoalergiczny, nie najgorzej wychowany (ma już trzy lata) i wysterylizowany. W ramach drugiego, kiedy tylko zdjęliśmy pokrywę klateczki, w której został przyniesiony, nabzdyczył się przeokrutnie, łypnął na nas bardzo złym okiem i w szybkim tempie udał się pod łóżko, spod którego nie wyszedł przez resztę wieczoru. Generalnie, co skonstatowałam już po dłuższym czasie, było to jak najbardziej zgodne ze schematem podanym przez eksperta:
"Jak zdobyć kota
(...) 6. Dziedziczenie
Ten kot zjawia się razem z zestawem miseczek, połową puszki najdroższej kociej karmy na rynku, koszykiem oraz małą wełnianą zabawką z dzwoneczkiem w środku. Dwa tygodnie spędza pod łóżkiem w pokoju gościnnym. Spróbujcie takiego wyciągnąć, a możecie znaleźć się w szpitalu ze skórą z pośladków przeszczepioną na ramię.
Kota nie zawsze dziedziczy się po kimś, kto umarł. Jeśli poprzedni właściciel nadal żyje, Prawdziwy kot pojawia się z listą tego, co lubi, a czego nie lubi. Można ją wyrzucić. To i tak tylko kaprysy.
Starajcie się unikać dziedziczenia kotów, chyba że w zestawie z pięciocyfrowym legatem, a przynajmniej szansą na taki."
Otóż nie uniknęliśmy, mimo, że do odziedziczonego przez nas kota przypisać można legat o dowolnej liczbie cyfr, pod warunkiem, że będą to wyłącznie zera. Lektura „Kota w stanie czystym” okazała się nader pouczająca i zatrważająco zbliżona do rzeczywistości. Nie mam najmniejszej wątpliwości, że Nasz Kot jest – zgodnie z pratchettowską definicją – Kotem jak najbardziej Prawdziwym. Natura wyposażyła go we wszystkie cechy tego gatunku, z których zdecydowanie najbardziej upierdliwą jest uporczywe Pozostawanie Po Niewłaściwej Stronie Drzwi. Początkowo spędzałam więc długie godziny na bezowocnych poszukiwaniach, a do dzisiaj zdarza mi się zupełnie przypadkowo otworzyć drzwi piwnicy i skonstatować z najwyższym zdumieniem, że sierściuch, którego, przysięgłabym, jeszcze przed chwilą widziałam na górze, właśnie wychodzi na wolność, zdegustowany, oznajmiając światu donośnym miauczeniem, że oto po raz kolejny został niesprawiedliwie, niesłusznie i wbrew swojej woli zamknięty w straszliwych podziemiach. Właściwie już się do tego przyzwyczaiłam.
Nie da się ukryć, że przyzwyczaiłam się też do samego kota – do tego stopnia, że kiedy wyjeżdżam do Warszawy, budzą się we mnie ukryte do niedawna głęboko instynkty macierzyńskie i zastanawiam się: czy koteczek jadł; czy pił; czy nikt go aby pod moją nieobecność nie skrzywdzi (akurat!); czy nie został wypuszczony na dwór i nie przepadł bezpowrotnie gdzieś w oddali; itd., itd., itp.
Nasz Kot nazywa się Prezes. Co prawda odziedziczyliśmy go wraz z imieniem, ale jakoś nam się ono nie spodobało, i trzeba go było przechrzcić. Dlaczego Prezes? Bo kiedy pracuję, najbardziej lubi siedzieć / leżeć na krześle przy sąsiednim biurku. Od czasu do czasu przechadza się majestatycznie po blacie, wykazując duże zainteresowanie kawą w kubku. Poza tym – jak to Prawdziwy Kot – ogólnie ma wygląd szefa.
Pieszczotliwie zwracamy się do niego per „Prezesiku”.
Z właściwą sobie logiką zarzuciłam pisanie i przeczekałam do momentu, kiedy już na pewno nikomu nie będzie się chciało sprawdzać, czy pojawiły się tu jakiekolwiek znaki życia – oczywiście nie planowałam tego, broń Boże, ale tak wyszło jakby. Częściowo zapewne dlatego, że nie podejmuję się za żadne skarby opisać, jak też właściwie było w Turcji.
Było, nie da się ukryć, cudnie – nie mam jednakowoż zamiaru rozwodzić się nad aspektami turystycznymi i krajobrazowymi naszej wyprawy. Powiem tylko tyle, że bardzo polecam, a szczegóły każdy sobie może sprawdzić w byle którym przewodniku. Zwiedziłam, jak sądzę, większość tego, co opisują owe przewodniki. I z całą odpowiedzialnością mogę oświadczyć, że te, które chwalą, na pewno nie kłamią.
Ale wrażeń takich zupełnie poza przewodnikiem też było sporo. I jakoś im bardziej się robi zimno i ciemno na dworze, tym częściej przypomina mi się trawnik z widokiem na Błękitny Meczet w Stambule, na którym siedzieliśmy, pogryzając solone pestki słonecznika. Zapamiętałam to sobie zresztą zgodnie z planem – takie mi się to wydało fajne, że sobie siedzę na tym trawniku w Stambule właśnie. I że chociaż mamy tylko trzy tygodnie, a właściwie już dwa i pół, i w tym czasie musimy koniecznie przejechać kawał drogi i masę rzeczy zobaczyć – możemy sobie tak właśnie posiedzieć, tak spokojnie i bezstresowo. Że w tym obcym, gigantycznym i przeludnionym, przepięknym mieście, gdzie właściwie należałoby ganiać przez miesiąc od jednego zabytku do drugiego, możemy się przez chwilę poczuć trochę jak tubylcy, którym się nigdzie nie spieszy.
Tak – Turcja to bardzo piękny kraj. Chyba mogę się na ten temat wypowiadać autorytatywnie.
Bo nie były w stanie mnie zniechęcić różnej maści kłopoty z samochodem, które się zaczęły już na Węgrzech i nękały nas konsekwentnie przez całe trzy tygodnie, dzięki czemu zwiedziliśmy wszystkie warsztaty Opla na trasie w Turcji, Serbii i Grecji, a kilkakrotnie pojazd odmawiał posłuszeństwa gdzieś w szczerym polu.
Bo nie obrzydziły mi życia przypadkowe noclegi w miejscach, gdzie zaśnięcie graniczyło z cudem z powodu zbyt wysokiej temperatury na wybrzeżu, zbyt niskiej temperatury w górach, braku słodkiej wody lub niefortunnej lokalizacji - raz wylądowaliśmy (z namiotem, a jakże) w samym środku hucznego wesela na pięćset osób; innym razem usiłowaliśmy zasnąć na skromnym skrawku plaży pomiędzy turecką a rosyjską dyskoteką.
Pięknie było i już.
Po cóż jechać do Turcji?....
No cóż – Pawlikowska post factum też stwierdziła, że jednak było warto....